wtorek, 26 listopada 2013

Na dobry początek opowiem Wam o nas.

Moi drodzy,

po pierwsze chciałabym przedstawić Wam istotkę, która popchnęła mnie do założenia tego bloga. Nie ukrywam, że nie jestem największą fanką elektroniki i internetu, jednak cóż... Trzeba iść z duchem czasu, by nie okazało się, że jest się współczesnym eksponatem muzealnym. Tak więc pewnego jesiennego poranka, kiedy piłam sobie w spokoju kawę i zajadałam się świeżo upieczonymi rogalikami (radosną twórczością mojego przyszłego męża) doszłam do wniosku, że miłość, pasja i wiedza dopóki skrywane są w sobie, dopóty są niczym. Każda z nich przede wszystkim musi istnieć, musi być namacalna, aby dawała poczucie spełnienia. Dlatego też postanowiłam zacząć dzielić się z Wami moją największą miłością, pasją i powiększaną z dnia na dzień wiedzą. Nie liczę na tłumy czytelników. Liczę jedynie na to, że może pewnego dnia, któreś z moich słów odmieni czyjeś życie. Obudzi od lat skrywaną pasję, odkurzy ukryte w najdalszych zakamarkach pragnienia. A może po prostu, pewnego zimowego dnia jakiś mały, niekochany dotychczas kundelek znajdzie wymarzony dom. A może po prostu Pan lub Pani pogłaszcze go o jeden raz więcej, o jeden raz więcej rzuci piłkę... Czasami wystarczy jeden uśmiech, by rozjaśniło się czyjeś życie. 
Ale wracając do tematu. Chciałabym przedstawić Wam mojego ukochanego synusia. Wiem, że nie jest to do końca normalne, by mówić tak o zwierzęciu. Jednak jest wiele innych, dużo bardziej szkodliwych zboczeń na świecie od tego, że ktoś powie do psa "synuś". Nigdy nie zapomnę naszego pierwszego spotkania. Kiedy przeprowadziliśmy się z chłopakiem (już narzeczonym:-)) do nowego miasta poczułam, że czegoś mi tam brakuje. Od dziecka wychowywałam się z psami. Nie było momentu, by w moim rodzinnych domu nie było choć jednego machającego ogona. Nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca. Aż pewnego dnia postanowiłam, że znajdę nam psa. Tak, właśnie. JA postanowiłam. I bardzo szybko zostałam sprowadzona na ziemię. Że spacery, że odpowiedzialność, że czas, że że że... Przez kilka dni nie wracaliśmy do tematu. To znaczy E. nie wracał. Ja nie potrafiłam o tym nie myśleć. O tym jak cudownym uczuciem jest zobaczyć po powrocie do domu tą parę szczęśliwych oczy, machający ogon. Jak wspaniałym jest dostać porządnego "buziaka" prosto w usta, kiedy tylko człowiek  się nachyli by zdjąć buty. Przed te kilka dni każdy wieczór spędzałam przy komputerze przeglądając setki ogłoszeń o oddaniu/sprzedaży psa. I znalazłam. Zdjęcie, które mnie całkowicie urzekło. Niestety, nie mam go już. Po sformatowaniu komputera zginęło bezpowrotnie. Była na nim taka mała, puchata, brązowo czarna kulka z oczkami jak węgielki. O niebo mniejsza od swoich braci. Napisałam wiadomość do właścicielki. Odpisała, że to ostatni piesek. Że nikt go nie chce, bo jest malutki, wygląda dziwacznie, jest bardzo bojaźliwy, że bracia się nad nim odrobinkę "znęcali". Pokochałam go od pierwszego wejrzenia. Co ciekawe, E. również. Zaangażowaliśmy dwóch kolegów, by zawieźli nas do Poznania po tego rozkosznego maluszka. Po drodze przeżywałam katusze wierzcie mi. Obydwaj bowiem uznali, że żarty na temat wszelkim możliwych potraw, które da się zrobić z malutkiego pekińczyka są najśmieszniejsze na świecie. I tak powstały propozycje psich udek po pekińsku, pekińczyka w sosie własnym, itp. Bawili się w najlepsze. Jak to faceci. Kiedy wieczorem dojechaliśmy pod niewielki domek jednorodzinny siedziałam już jak na szpilkach. Wypadłam z samochody, pobiegłam pod drzwi, przywitałam się ze starszym małżeństwem i wtedy je zobaczyłam. Mamę Shi-Tzu i tatę Pekińczyka. Każde inne, każde piękne. Zapytałam o moje przyszłe maleństwo. Po chwili usłyszałam delikatne skrobanie pazurków na schodach. Moim oczom ukazała się najpiękniejsza pokraka jaką w życiu widziałam. To była miłość. Od pierwszego wejrzenia. Możecie się śmiać, ale nigdy wcześniej żadnej inny pies nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak ta mała żaba. Był taki maleńki, taki bezbronny, cały pokryty buro czarnymi loczkami. Ledwie chodził, dopiero skończył 8 tygodni, ale i tak był najmniejszym 8-tygodniowym pekińczykiem (w sumie mieszanką) jakiego widziałam. Całą drogę powrotną spał to mi to E. na rękach. Przez chwilę nawet, gdy już poczuł się pewniej siedział na kolanach naszemu kierowcy, który - przypomnę - jeszcze kilka godzin wcześniej chciał go przerobić na potrawkę. Notabene, kolega okazał się równie wielkim psiarzem jak i my. Kiedy przyjechaliśmy do domu położyłam maleństwo w legowisku, gdzie przytulony do mojego kapcia momentalnie zasnął. Jak się potem dowiedziałam - ja również. Na podłodze, z głową przy legowisku. 

Tak więc poznajcie Karmelka - moją inspirację, mojego najlepszego przyjaciela. Tak wyglądał mając około 12 tygodni.

To zdjęcie niestety jest dość kiepskiej jakości. Wykonane na wiosnę, kiedy Karmelek już nieco podrósł. Miał chyba 5 miesięcy. Ale barwy jeszcze te same.

A tak wygląda teraz. Zmienił się nie do poznania. Tu akurat mina jest typowo zabawowa, na co dzień ma bardziej normalny wyraz pyszczka.

Pomimo takiego wstępu nie będzie to blog stricte o nim. Chciałam tylko, abyście mniej więcej zorientowali się kto spowodował, że moje życie zrobiło gwałtowny zwrot, co najmniej o 180 stopni. 

Od kiedy Karmelek u nas zamieszkał zaczęłam interesować się jego życiem, jego zachowaniami, zdrowiem, przyzwyczajeniami. W sumie wszystkim co tylko jakkolwiek wiązało się z nim. Dzięki niemu zaczęłam wiele czytać o psach. Byłam wówczas na trzecim roku studiów, gdy podjęłam decyzję, że to nie jest to co chcę w życiu robić. Że nie chcę pracować z ludźmi, nie chcę oglądać ich dzień w dzień, spełniać ich próśb, szukać rozwiązań problemów, które suma summarum i tak nie mają żadnego, większego znaczenia. Skończyłam studia, obroniłam pracę i całkowicie zmieniłam tor. Postanowiłam zrobić coś nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla tych zwierząt. Postanowiłam, że nauczę się jak pomagać psom z chorobami stawów, mięśni, jak wykonywać masaż leczniczy czy rekreacyjny. Że nauczę się jak poprawie się z nimi komunikować, jak walczyć z ich strachem, stresem czy agresją. To właśnie robię. Uczę się jak dać im nie tylko szansę na dłuższe życie, na odzyskanie zdrowia, ale przede wszystkim na to by były przez ludzi kochane i rozumiane. Bo dopiero pełne zrozumienie, poparte wiedzą i licznymi doświadczeniami pozwala na nawiązanie prawdziwie głębokiej więzi do końca życia. 

Będę pisać o tym co wiem, czego się uczę, co odkrywam. Będę dzielić się z Wami ciekawostkami, doświadczeniami, przeżyciami. Postaram się również odpowiadać na Wasze pytania. Pragnę dzielić się swoją pasją na bieżąco, bowiem wiem już z doświadczenia, że szczęśliwy pies to pełnia naszego sukcesu.

1 komentarz:

  1. Nawet nie wiedziałam, że istnieje coś takiego jak masaż dla psów ;) bardzo mnie tym zaciekawiłaś i z niecierpliwością czekam na kolejne wpisy :)

    OdpowiedzUsuń